Gry na żywo

teatr_1

W niedziele byłem na spektaklu teatralnym, w którym grało dwóch moich przyjaciół z planszówek. Wystawiana sztuka opowiadała o Opolu i losach jego mieszkańców, miała dosyć autoterapeutyczny charakter. Aktorzy mówili o sobie, więc wiele było o cierpieniu i śmierci – wszak trudno przeżyć życie bez tych doznań, mocno zapadających w pamięci. No bo gdybyś miał wyjść na scenę w prawdziwym teatrze, przed pełną salą prawdziwych widzów, co zapłacili za bilety… i miał powiedzieć jedną rzecz, to co byś powiedział? Pewnie coś ważnego.

I ludzie mówili… W pewnym momencie wątek zszedł na to, co zabraliby ze sobą, idąc w zaświaty. Jedna wzięłaby swoje koty, inna wygodny fotel, ktoś flaszkę bimbru. A Klema powiedział, że chciałby tutaj jak najwięcej zostawić.

A gdyby komuś było mało, to jest jeszcze jedna anegdotka. Grześ, mój przyjaciel od dawnych lat, poznał Klemę jeszcze zanim poznał mnie. Gdy był redaktorem szkolnej gazetki w podstawówce, szukał kogoś, kto mu wydrukuje kilka plakatów. A czasy to były dawne i nie była to usługa z gatunku powszechnych i tanich. Szczęśliwie trafił do studia Klemy i poprosił go o wydruk. Gdy otrzymał plakaty, zapytał ile jest winny za usługę, na co Klema odpowiedział, że za takie rzeczy pieniędzy nie bierze. Klemę spotkałem w 2007 r. na planszówkach. Przyjaźnimy się do dziś.

Albo Voldemort. Poznaliśmy się w licealnych latach, w raczkującym klubie gier wojennych. Rozjechał mnie w jakiś scenariusz w B-35, do dziś ma przewagę nade mną w chłodnej analizie. Ja z kolei jestem silniejszy politycznie, więc w zależności w co gramy, wygrywa ten lepszy. Razem prowadzimy wydawnictwo, które publikuje już tysiące gier rocznie. Marzenia dzieci przekuliśmy w rzeczywistość dorosłych. Voldemorta spotkałem w 1999 r. na planszówkach. Przyjaźnimy się do dziś.

A to tylko dwie pierwsze osoby z dziesiątek, o których mógłbym tu pisać długie godziny.

Fajnych ludzi spotyka się, grając w planszówki, nie? To zresztą chyba kluczowy temat w tych wszystkich grach na żywo, bo skoro mamy mało czasu na hobby, to warto, by było ono maksymalnie wartościowe. Czyli tak: nie mam czasu na granie w słabe gry, nie mam czasu na granie ze słabymi ludźmi, prawda? Tak samo jak nie mam czasu na słabe filmy, słabe imprezy i słabą miłość.

Właśnie, do rzeczy, bo to przecież o planszówkach ma być. Ja nigdy nie grałem w Magię i Miecz. Jaki to fart, że od razu poznałem Warhammera. Zamiast tracić czas na chińczyka na sterydach, od razu zmierzyliśmy się z kontraktem Oldenhallera. Zamiast marnować pieniądze na durne W40K, zafascynowało mnie Warzone, gra po stokroć mądrzejsza. Pierwsza nowoczesna planszówka poznana po renesansie – Twilight Imperium. Pierwszy zakup  takowej – Wysokie Napięcie.  A gry wojenne – tym bardziej! Zamiast marnować czas na odtwórcze TiSy, poznałem Empires in Arms, Squad Leadera, Ścieżki Chwały, Friedricha czy Fires in the Sky. Mam fart do dobrych wyborów, jeśli chodzi o hobby. Dawały mi bodziec do nauki j. angielskiego, rozwinęły talent w dyplomacji. Dzięki tej szkole nikt już nie chce ze mną w Opolu grać w GoTa. Kiedyś przed partią napisali na tablicy „Nie gadać z Ozonem”… a i tak gadali, więc wygrałem…

Dzięki grom na żywo poznałem wspaniałych ludzi i spędziłem godziny szczęśliwego czasu przy świetnych tytułach. To wielkie szczęście i jestem tego świadomy. Ale czas jest tym krótszy, im bardziej szczęśliwy. Dlatego dziś na chwile odszedłem od stołu, by popatrzeć na śmiejących się przyjaciół i zastanowić się, co ja bym powiedział tam, w teatrze.

  • Cez

    No nie gadać! Zawsze to wszystkim mówiłem! To znaczy pogadać można, ale na pewno nie można go słuchać 🙂

  • Moni Q.

    GoT z Ozym był moją pierwszą grą na spotkaniu z grami. Z tej traumy nie wychodzi się prędko…. 😉

  • Pingback: Ozy | Finish it! ZnadPlanszy.pl()